Andaluzyjskie szlaki warte przejścia. "Spacer Wilka i Świń" i Vereda Ubrique-Asomadillas.

Ada Wanders/Włóczykijada. Tomek na skałkach

Wczoraj obudziliśmy się, gdy Słońce było wysoko na niebie, a w powietrzu czuło się spowodowane upałem napięcie. Nie musiałam długo przekonywać Tomka, że to idealny dzień na szlak.
W naszym mieszkanku z Airbnb mamy siedemnastoletnią książkę "Szlaki w Andaluzji" Guya Hunter-Wattsa, z której czerpiemy inspirację do naszych wędrówek. Ze względu na wiek wydawnictwa, nie traktujemy jej dosłownie, raczej szukamy ogólnych wskazówek, co do tras.

Pętla "Spacer Wilka i Świń" z Jimena de la Frontera

Zdecydowaliśmy się na krótki i łatwy, dziesięciokilometrowy szlak "Spacer Wilka i Świń". Tomek sprawdził trasę na mapach Google, ale urywała się gdzieś w połowie.
Nie była to nasza pierwsza wycieczka tego typu, więc wzięliśmy butelkę wody i owoce - trzy i pół godziny to dla nas krótki spacer.
Wyszliśmy o 12.
Gdy wracaliśmy, umierałam z głodu.

Nie ćwicz przed spacerem

Chwilę przed rozpoczęciem szlaku, moment przed campingiem Los Alcornocales, zauważyliśmy siłownię z widokiem na farmę z kucykiem i góry. Nie zastanawiając się długo, wskoczyłam na wszystko co tam było i zrobiłam serię po trzydzieści powtórzeń.
Na końcu szlaku czułam każdy swój mięsień z osobna.
Dzisiaj też je czuję.

Szlak Vereda Ubrique-Asomadillas

Pierwsza część szlaku była łatwa, tylko że stroma i prowadziła po kamieniach. Po obu stronach widzieliśmy farmy i lasy, w oddali słyszeliśmy osły, kozy, owce i krowy.
Na błotnistym szczycie wzgórza (300 m), obserwowaliśmy panoramę Jimeny z zamkiem i widokiem na Gibraltar.
Udało mi się raz tak plasnąć nogą w błocko, że wbiło mi się do skarpety, ale przy dwudziestu stopniach ciepła, wyschło w kilka sekund.
Na górze musieliśmy się zdecydować czy idziemy biało-zielonym szlakiem czy tym, który opisany był w książce. Zdecydowaliśmy się na biało-zielony, zmodernizowany dzięki środkom z Unii i ładnie oznaczony (ha, ha) szlak Vereda Ubrique-Asomadillas, bo ten książkowy mógł już dawno zarosnąć.

Ada Wanders/Włóczykijada. Tomek z wielkim kawałkiem korka

Zbieracze korka i medytacja w lesie

Zgodnie z tym, co było napisane w książce, słyszeliśmy po drodze zbieraczy korka, ale nikogo nie widzieliśmy.
Zdecydowaliśmy się na dwudziestominutową przerwę na medytację i jedzenie.
Mogę Wam powiedzieć, że chyba nic nie relaksuje bardziej niż medytacja w lesie. Słońce świeciło mi w twarz, ciepły wiatr sprawiał, że temperatura była idealna, otaczały nas drzewa i krzaki i dźwięki szeleszczących liści i śpiewających ptaków.
Odpoczęliśmy, zjedliśmy i ruszyliśmy dalej.
Jak na razie było git - dużo znaków i łatwe drogi.

Jego Wysokość Orzeł na punkcie widokowym

Po dłuższym czasie dotarliśmy do punktu widokowego. Gdy wierciłam się, żeby znaleźć dobre miejsce na zdjęcie i sięgałam po komorkę, Tomek nagle zaczął krzyczeć mi do ucha: PATRZ, PATRZ, PATRZ, PATRZ!
Zmroziło mnie, ciarki miałam od czubka głowy po spód stóp, a szczękę na ziemi. Tylko kilka metrów od nas, tak blisko, że widziałam wzory na jego piórach, przeleciał orzeł. Jego rozpiętość skrzydeł była większa niż mój wzrost. Poczułam się mała.

Ada Wanders/Włóczykijada. Orły nabierające wysokości w tunelu powietrznym
Ada Wanders/Włóczykijada Orły nabierające wysokości w tunelu powietrznym
Ada Wanders/Włóczykijada Orły nabierające wysokości w tunelu powietrznym
Orły nabierają wysokości w tunelu powietrznym

Tego dnia mieliśmy wiele szczęścia. Tylko kilka minut później zobaczyliśmy kolejnego orła ze zdobyczą w szponach - szczurem lub myszą. Wiercił się i kręcił, odlatywał daleko, by niedługo wrócić, aż w końcu wypuścił zdobycz w locie.
Widzieliśmy jak martwe zwierzę spada i spada i spada i spada.
Akurat wczoraj widać było też księżyc, a gryzoń leciał tuż obok niego.
Współczuję, jeżeli jakiś człowiek lub zwierzę stało na końcu drogi spadającego truchła.

Ada Wanders/Włóczykijada. Punkt widokowy Vereda Ubrique-Asomadillas

Czy jesteśmy na dobrym szlaku???

Zaraz po punkcie widokowym wyszliśmy na jezdnię, a później mieliśmy skręcić na szlak z powrotem w las. Tylko gdzie?
Widzieliśmy duże unijne bannery, ale nigdzie nie było biało-zielonych kresek. Zeszliśmy w dół czymś co mogło przypominać ścieżkę, ale wróciliśmy do głównej drogi. Obok nas akurat przechodził lokals, który powiedział, że dobrze kombinujemy.
Wróciliśmy.

Ada Wanders/Włóczykijada. Vereda Ubrique Walking Trail.

Nie wiem jak długo to trwało, ale wydawało mi się, że nie zejdę do rzeki - zbocze wydawało mi się zbyt strome, ale powoli, stopniowo, serpentyna po serpentynie schodziliśmy w dół. Jedynie ślady ognisk potwierdzały, że jesteśmy na dobrej drodze.
W którymś momencie zaliczyłam ślizg na kamieniach, który skończyłam w słowiańskim przykucu dzięki kijkom wbitym w ziemię. Nie zliczę ile razy kamień osunął mi się spod stopy, potknęłam się o wystającą gałąź czy zaklinowałam kijka.
Zmęczyłam się.

Ada Wanders/Włóczykijada. Niewidzialny szlak.

Wreszcie dotarliśmy do rzeki i odetchnęliśmy z ulgą, że staruszek nie zrobił nam psikusa. Przejście przez rzekę było tym razem bardzo łatwe, wyglądało jak betonowe poziome schody. Po przejściu przez rzekę ponownie straciliśmy szlak z oczu (a raczej jego oznaczenia).

Ada Wanders/Włóczykijada. View from the Invisible Trail

Ciekawskie czarne prosiaki

Gdy przeskakiwałam z kamienia na kamień, by ominąć błotnisty strumyk, coś zaszeleściło w krzakach. Było to o tyle zaskakujące, że na serce mi na chwilę stanęło, ale okazało się, że to tylko czarne prosiaki ze świnią, pasące się (czy świnie mogą się paść?) w lesie.
Świnki wydawały się równie zaciekawione jak my i gdy tak staliśmy, obserwując je, one stopniowo schodziły coraz niżej, gapiąc się na nas. Niestety, powoli zachodziło też Słońce. Nie byliśmy pewni ile jeszcze nam zostało drogi, więc ruszyliśmy zanim prosiaki zeszły do nas. Bardzo żałowaliśmy, bo były urocze.

Jestem kozą i lubię się drapać

Niedługo po spotkaniu z prosiakami, zobaczyliśmy małe bajorko z plażą i dużą skałą, gdzie łaziło stado kóz.
Jedną zauważyliśmy stojącą wysoko, wysoko na skale, skąd obserwowała swoje stado i teren, podczas gdy inna podeszła do jeziorka, żeby się napić, ale poszła zaraz po tym, gdy nas dostrzegła.
Najciekawszym spektaklem były jednak kozy drapiące się i ocierające o wystające fragmenty skały. Miały prawdziwie kocie ruchy.
Chętnie zostalibyśmy tam dłużej, ale Słońce już było nisko, a nasze cienie długie.

Epilog

Po łażeniu po skałkach, kamieniach, strumykach, wzgórzach i lesie, dotarliśmy do drogi, na której zaczęliśmy nasz szlak.
Umieraliśmy z głodu, poszliśmy jeszcze do sklepu i do pobliskiej restauracji na późny obiad.
Trafiliśmy idealnie, ponieważ Hiszpanie akurat obchodzili Trzech Króli.
Gdy tylko wyszliśmy z restauracji, zobaczyliśmy tłum ludzi na placu. Ulicą jechały trzy traktory, na każdym siedział jeden z Królów z pomocnikami, którzy rzucali cukierkami w publiczność. Zebraliśmy ich kilka, ale ludzie obok nas mieli siaty pełne słodkości i dosłownie walczyli o słodycze.

Łatwy dziesięciokilometrowy szlak, który miał zająć trzy i pół godziny, okazał się trzynastokilometrowym, który zrobiliśmy w ponad cztery. Nie nazwałabym go najłatwiejszym, może poza pierwszą częścią. Druga była łatwa, ale żeby się zgubić. ;)

Zapisuję się do newslettera Adzik Pisze

Życie w Irlandii, popkultura, neuroatypowość.
Jamie Larson
Zapisuję się