Czy moja babcia była hipochondryczką?
Rozkminy po przeczytaniu książki "Burnout" sióstr Nagoski i dwumiesięcznym pobycie w Polsce
Moja druga babcia odeszła pod koniec 2025 roku. Nie miałyśmy kontaktu już od wielu lat, bo pochodziła z pokolenia kobiet, twierdzących, że "z facetem to się zawsze da dogadać" czy że "kobiety są fałszywe i nie można im ufać", więc w starciu z moim bratem nie miałam szans. Nawet nie próbowałam walczyć.
A jednak myśl o babci nie dawała mi spokoju, gdy przez dwa bite miesiące 2026 roku chodziłam od Annasza do Kajfasza, sprawdzić, co mi jest i dlaczego czuję się tak kurewsko chujowo.
Babcia też chodziła. Jak nie endo, to kardio, jak nie kardio, to gastro. Wszyscy zgodnie ochrzciliśmy babcię hipochondryczką i bagatelizowaliśmy jej objawy, jednocześnie dyskutując o tym, jak chodzenie do lekarzy wydaje się ją nobilitować i nadawać sens w życiu.
Gdy to piszę, jestem przed moją pierwszą w życiu operacją. W dwa miesiące zrobiłam bardzo podobny slalom, jak niegdyś babcia. Dostałam różne leki.
Owszem, obecnie pracuję.
Owszem, wysłałam propozycje wydawnicze.
Owszem, spotykałam się z przyjaciółmi i rodziną, chodziłam na spacery, grałam w planszówki.
A jednak spędziłam długie godziny na badaniach, w gabinetach, oddałam ogromną ilość krwi, by dowiedzieć się, co sprawia, że histeryzuję i myślę sobie, że zamiast ignorować babcię, to jednak trzeba było zapytać, co jej jest, bo może teraz by mi to pomogło w szybszym dotarciu do diagnozy.
I tak jak pisanie czy spotkania z przyjaciółmi i rodziną przez te dwa miesiące były częścią mojego życia, tak samo były nią rozmowy z lekarzami, nowe informacje, nowe poszlaki.
Tak jak moja rozmowa z Ciocią, po której poszłam sprawdzić hormon, którego "nigdy się nie bada", bo "bardzo mały odsetek ludzi na to choruje". Welp, może i mały, ale czasem się człowiek w tym durnym odsetku znajdzie - gdybym miała dostać złotówkę za każdym razem, gdy w ciągu dwóch miesięcy słyszałam w gabinecie lekarskim, że takie objawy/reakcje jak ja mam ma bardzo mały/znikomy odsetek pacjentek/pacjentów, to bym już zarobiła na lanczyk w Wawce.
Patriarchat oddzielił mnie i babcię.
Patriarchat sprawiał, że nie doceniała mnie, bo byłam kobietą, a ja ignorowałam ją... z dokładnie tego samego powodu.
Uświadamiam to sobie boleśnie podczas czytania książki sióstr Nagoski "Burnout", którą poleciła mi Asia z @chaotyczny_niecodziennik. Ja również serdecznie polecam tę książkę.
Chyba jeszcze nigdy nie spotkałam się z tak dobrym przyczynowo-skutkowym opisem wypalenia u kobiet i osób AFAB.
Książka mocno ze mną rezonowała, a szczególnie fragment o ignorowaniu sygnałów z ciała podczas przechodzenia przez GIGANTYCZNE stresy.
Po raz pierwszy zignorowałam moje ciało, gdy zamieszkałam w Irlandii, a mój żołądek bolał dzwonił jak syrena alarmowa przed każdym posiłkiem.
Ale przecież nic mi nie jest trwało do momentu, gdy zapalenie żołądka zatrzymało mnie w łóżku na tydzień, a ja uświadomiłam sobie, jak w chuj zmęczona byłam.
Czy stałam się mądrzejsza?
Może trochę po tym, jak trzeci raz w ciągu jednego roku wylądowałam na SORze.
A później trochę po diagnozie spektrum autyzmu.
A teraz słucham swojego ciała, a nie starych dziadów, którzy niekiedy starają się mi wmówić o tym, że przecież "ludzie funkcjonują z chorobami", podając mi przykłady samych mężczyzn.
No cóż, jakbym była facetem, to może i jakoś bym funkcjonowała, ale do moich chorób współtowarzyszących dochodzi zbyt długa, częsta i obfita menstruacja, która sprawia, że nie mogę funkcjonować.
Jak słyszę, że okres to nie choroba, to zastanawiam się, czy facet, który krwawiłby z penisa przez tydzień, miał mdłości, zawroty głowy i biegunkę dzwoniłby do pracy, że jest chory?
Myślę, że wszyscy doskonale znamy odpowiedź na to pytanie.
Podobnie jak na to, czy gdybyśmy nie żyli_ły w patriarchacie, to moja babcia by była hipochondryczką.