Pozwoliłam sobie nie dokończyć
Podcast Mel Robbins poleciła mi znajoma fizjoterapeutka po tym, jak przyznałam jej się do corocznych stanów depresyjnych – i prowadzone przez Mel rozmowy były dla mnie inspirujące i ciekawe.
Może dlatego liczyłam na to, że książka jej autorstwa również taka się okaże. Nie wiem, czy to kwestia wygórowanych oczekiwań, a może zmęczenia, czy po prostu przeładowania książkami samopomocowymi – ale książka Teoria pozwól im tak bardzo mi nie podeszła, że miałam ochotę nią wielokrotnie rzucić - ale było to niemożliwe, ponieważ sięgnęłam po nią w formie audiobooka. Akurat taka wersja była najszybciej dostępna na platformie Borrow Box w mojej waterfordzkiej bibliotece.
Plusem audiobooka była narracja przez autorkę, dzięki czemu słuchało się tego bardziej jak podcastu. Minusem – to, że po pierwszych kilku zdaniach poczułam szczerą odrazę i niechęć do niej. Historia o imprezie jej syna i niemiłosiernym wtrącaniu się wywołała u mnie flashbacki z mocno nieudanej studniówki, przed którą moje plecy zostały wysmarowane bronzerem wbrew mojej woli, a cała moja bladość, jak i radość z wyglądu - zniszczone.
Możliwe, że już po tym wstępie byłam negatywnie nastawiona do reszty książki, jednak przy słuchaniu wciąż nachodziła mnie myśl, że "Let them" to nie teoria, a styl życia. To jedno. Miałam również to samo wrażenie, co przy książkach Atomic Habits czy Profit first - że tak naprawdę nie czytam/słucham książki, tylko post na blog napakowany słowami kluczowymi, a także, że całą esencję dałoby się zmieścić w jakichś dziesięciu stronach.
Poza tym miałam wrażenie, że teorię "pozwól im" przerobiłam na terapii, gdy uczyłam się stawiania i poszanowania granic. A wirtualną książką rzuciłam, gdy natknęłam się na rozdział, który (moim zdaniem) powinien się nazywać "Let me (manipulate them)".
W przygorącym pociągu na trasie Świdnik-Warszawa, oczy otwierały mi się coraz szerzej, wpuszczając coraz więcej jarzeniowego światła, gdy z niedowierzaniem słuchałam o stworzonej przez Mel, autorskiej metodzie wpływania na ludzi.
Metoda zawiera trzy elementy: przeprosiny, wypytywanie i słuchanie. W teorii - żaden problem. W praktyce - odrzuca mnie koncepcja przepraszania, gdy nie mam na to ochoty. Wydaje mi się równie bezsensowna, jak pytanie "how are you", gdy nie chcesz znać odpowiedzi. Pod tym względem wolę książkę Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi, której tytuł przynajmniej wprost mówi o jej zawartości (a nawet odrobinkę przesadza).
Wracając do Let them theory - niewątpliwym plusem książki jest zrobiony przez autorkę dokładny research – z psychologii, neurobiologii, etc.
Mimo wszystko, nie jest to książka dla mnie, dlatego pozwoliłam sobie jej nie skończyć. Myślę, że gdybym była w innym momencie życia – przed terapią, lub w jednym z tych ciężkich momentów, gdy wydawało mi się, że sama dźwigam na barkach cały świat – to ta książka bardzo by mi pomogła. Teraz jednak przynosiła mi więcej frustracji, niż radości.
Za to do podcastu Mel pewnie będę wracać, bo jej rozmowy i rozmówcy są mega ciekawi. Z jej pisaniem jednak jest mi nie po drodze,
Tyle o Let them theory.
Tymczasem idę czytać Jej wysokość gęś, którą kiedyś sprezentowałam Łociecowi, ale jej nie tknął. Wygląda na to, że czekała na mnie.
Jeśli chcesz podyskutować o Let Them Theory, zajrzyj na Insta @adzik.pisze. Możesz napisać mi wiadomość prywatną lub odezwać się pod postem o książce.
Do zobaczenia w kolejnym wpisie!